head>

Mini-czat


Menu witryny


Formularz logowania


Team Speak 3


online


    Ogółem online: 1
    Gości: 1
    Użytkowników: 0

Wyszukiwanie


Główna » 2016 » Maj » 23 » Małe gry, które mogą zrobić duże zamieszanie.
11:53
Małe gry, które mogą zrobić duże zamieszanie.

Przegląd najciekawszych polskich indyków z Digital Dragons 2016

 
W ciągu dwóch dni nie dało się zagrać we wszystko. Nie wszystko na obecnym etapie produkcji warte jest też zagrania i opisywania. Kilka pozycji naprawdę daje jednak radę. Zapraszam na subiektywny przegląd najfajniejszych moim zdaniem rodzimych gier niezależnych prezentowanych na Digital Dragons.

 

Tegoroczna edycja Digital Dragons przyciągnęła 1300 uczestników z 30 krajów. W ciągu raptem dwóch dni odbyło się 71 prelekcji, a w jednej z hal wystawiło się aż kilkadziesiąt polskich twórców niezależnych. Część z nich była już tam w zeszłym roku, część to debiutanci. Wszyscy mieli jednak ze sobą to, co najważniejsze – swoje autorskie gry. Zanim jednak do nich przejdę, spójrzmy kto wygrał Digital Dragons Awards.

To znaczy kto poza Wiedźminem 3, bo to było jednak dosyć przewidywalne. Produkcja CD Projekt RED wygrała w kategoriach: Best Polish Game, Best Polish Game Art, Best Polish Game Audio oraz Best Polish Game Design. Siłą rzeczy nie udało się tylko ze statuetką w kategorii Best Polish Mobile Game. Tu zwyciężyło This War of Mine. Były też nagrody specjalne. Jak informują organizatorzy:

Tytuł Best Foreign Game przypadł produkcji Life is Strange studia Dontnod Entertainment. Przyznano również dwie nagrody specjalne. Małopolska Game Award trafiła do firmy Bloober Team za szczególny wkład w rozwój branży w regionie, a Michał Madej ze studia CD Projekt RED został uhonorowany statuetką za szczególne zasługi dla polskiego gamedevu.

W Indie Showcase zwyciężył natomiast symulator operatora numeru ratunkowego 911 Operator przygotowany przez studio Jutsu Games. Brzmi niepozornie, na zasadzie „o nie, kolejny symulator”, ale zobaczcie powyższy trailer. Zapowiada się rewelacyjnie. Na podium wskoczyło też Crush Your Enemies studia Vile Monarch, o którym swego czasu sporo pisaliśmy oraz Book of Demons od Thing Trunk, z którym mamy też wywiad.

To tyle w kwestii oficjalnych nagród i podsumowań, a które gry zwróciły po prostu moją uwagę, ale nic w Krakowie nie wygrały? Oto dziesiątka pozycji, którą moim zdaniem warto mieć na oku. Kolejność jest w zupełności przypadkowa, wszystkie miały bowiem w sobie coś szczególnego.

Regalia – Of Men And Monarchs

regalia

Regalia, czyli polski jRPG (sic!) potrzebował na Kickstarterze 40 tys. dolarów, a zebrał ponad 90 tys. Gra przyciąga wzrok przepiękną oprawą, która pod względem graficznego warsztatu (ale nie kreski) mocno kojarzy się z The Banner Saga. Również ze względu na mechanikę, bo osią rozgrywki też są turowe walki. W przeciwieństwie do gry Stoic, w każdej turze ruszamy się wszystkimi naszymi postaciami, co zdaniem niektórych graczy jest o wiele lepszym rozwiązaniem. Zwłaszcza w końcowych fazach starć przy nierównej liczbie postaci w drużynach. Rozegrałem potyczki w dwóch mapach, siłą rzeczy nie miałem czasu wgryźć się w skille każdej postaci, ale ogólne wrażenie było więcej niż pozytywne.

Urozmaiceniem gry ma być trochę podobna do Heroesów III dwuwymiarowa mapa pozwalająca na rozwój osady, nie była ona jednak prezentowana w demie. Czuję się zaciekawiony, zwłaszcza że Regalia oprócz PC zawita także na konsolach Sony. PS4 i PS Vicie, które stało się domem japońskich gier (spójrzcie na topki na PS Storze). Premiera jeszcze w tym roku.

Archaica: The Path of Light

Archaica

Ta gra powstaje od lat i przewija się przez większość polskich imprez. Sam pamiętam ją z którejś edycji nadmorskiego WGK sprzed paru lat. Twórcy rzucili się na głęboką wodę, bo z jednej strony tworzą bezkompromisowe zagadki, a z drugiej piękną oprawę. Jest już ponoć bliżej niż dalej, a przeciągająca się produkcja była spowodowana na przykład pomysłem na fabułę. Jej zarys zabrał sporo czasu, ale koniec końców z niego zrezygnowano. Fabuła to dialogi, nagrania aktorów i generalnie rzeczy, które wykraczają poza budżet studia indie. Troszkę szkoda, bo liczyłem na coś w stylu izometrycznego The Talos Principle, ale same zagadki też wyglądają intrygująco.

W ogrywanym demie były problemy z interfejsem. Podpowiedzi niewiele podpowiadały, a część rozwiązań wydawała się mało intuicyjna. Ma się to jednak jeszcze zmienić, a nawet bez tego wystarczy pewnie po prostu na dłużej przysiąść do gry, żeby na spokojnie ogarnąć wszystkie jej zasady.

Blocky Farm

blocky-farm

Były dwie gry dla hardcore’owych graczy, czas na małą odmianę w postaci casualowej farmy. I to do tego jeszcze indie. Zanim jednak przescrollujesz ten akapit albo zamkniesz artykuł, spójrz na powyższego screena. Gra prezentuje się ślicznie, a do tego płynniutko działa. Budżetowe gry casualowe przyzwyczaiły nas do tego, że są niedoinwestowane i niedopieszczone. Tutaj wszystko leży na swoim miejscu, co jest zasługą sprytnego podejścia do grafiki. Vokselowa oprawa będąca nieślubnym dzieckiem Crossy Road i Minecrafta wypada naprawdę ładnie, będąc tak naprawdę tylko tłem dla farmerskiej rozrywki.

Można siać, zbierać plony. Ręcznie lub np. traktorem, który dostał prosty model jazdy. Wyhodowane warzywa da się oczywiście sprzedać, a jak zabraknie nam wirtualnej kasy, a przeszkadza cooldown, to zawsze można pójść do wirtualnego kina i… obejrzeć reklamę. Zapowiada się ciekawa casualowa gra free-to-play z nieinwazyjnym systemem reklam. Patrzyłem na Blocky Farm oczami mojego małego siostrzeńca i wydaje mi się, że by się tym jarał. Ja się może nie jaram, ale podoba mi się podejście devów do tematu – gra jest czymś więcej niż kopią produktów Zyngi.

Phantaruk

Phantaruk

Wróćmy jednak do bardziej core’owych tematów. Phantaruka widziałem w Krakowie już rok temu. Od tego czasu jednak podrósł, zmężniał, coraz bardziej zaczynając przypominać swojego starszego brata, Somę. Inspiracje są więcej niż oczywiste, z industrialnymi i mrocznymi pomieszczeniami porośniętymi kolorowymi pnączami włącznie. Dla jednych może to być problem i pójście na łatwiznę, mi się jednak całkiem spodobało. Jest klimat, naprawdę niezłe jak na Unity wykonanie (choć Layers of Fear wciąż pozostaje tu niedoścignione) i kilka urozmaicających całość mechanik. W tym potrzeba robienia sobie zastrzyków niczym w Far Cry 2. Nie wiem czy będzie hit, ale raczej nie zapowiada się też kit. Gra powstaje od dawna, po drodze zdobywając wydawcę w postaci PlayWay (czyli ludzi od Car Mechanic Simulator czy świeżutkiego The Way, którego recenzję tak na marginesie już przygotowujemy).

Serial Cleaner

serial-cleaner

11bit studio słynie z odwracania gatunków. W serii Anomalny zamiast strzelać z wieżyczek, próbujemy między nimi przejść. This War of Mine pozwala wcielić się w przymierających głodem cywili, a nie jak to zwykle bywa, dziarskich żołnierzy. Krakowskie iFun4all idzie podobną drogą, ale nie taką samą. Nie tyle odwraca stare schematy, co je kontynuuje. Czyli zastanawia się, co by było gdyby na miejsce zbrodni w takim Hotline Miami przyjechała policja. I tytułowy czyściciel mający za zadanie zatrzeć wszelkie ślady niedawnej masakry.

Serial Cleaner jest grą zręcznościowo-logiczną, gdzie musimy chować zwłoki do szaf, ścierać krew, zbierać dowody zbrodni. Oczywiście niezauważenie, w grze nie ma walki, jedyne co da się zrobić po wykryciu na gorącym uczynku, to schować, ale przeważnie i tak trzeba zacząć od samego początku. Każde kolejne podejście jest łatwiejsze, znamy wszak ulokowanie strategicznych obiektów i ścieżki patroli policjantów. Nawet za piątym czy dziesiątym razem można jednak bardzo łatwo wtopić. Ciekawa rzecz, która już pokazuje niezły pomysł i stylizowaną na lata 70., pełną uproszczeń, ale co ważne, nie nijaką grafikę 2D. Jak krakowiacy popracują nad animacjami postaci i zatroszczą się o muzykę z epoki, to chętnie zagram.

Bound

bound

Gra niezależna, ze wsparciem Sony i ich studia 1st party z Santa Monica (tego od God of War). Tak, definicja „indie” zdecydowanie zasługuje na jakieś regulacje, ale przejdźmy do meritum. Bound to kolejna gra od twórców Datury. Wywodząca się z Łodzi firma tym razem postawiła na kontrastową abstrakcyjną oprawę, która… kontrastuje z fotorealizmem kierowanej przez nas baletnicy. Jej motion capture z ręcznie wyczyszczonymi i generalnie posprzątanymi klatkami animacji to ideał. W tych ruchach można się po prostu zakochać! Zwłaszcza że w dowolnej chwili da się wykonywać różne układy choreograficzne. Jeżeli chodzi jeszcze natomiast o otoczenie, to te jest w ciągłym ruchu, momentami wręcz dobudowując się na naszych oczach niczym w Bastionie. Wszystko prezentowane jest jednak w pełnym 3D, z zachowaniem swobodnej kontroli nad kamerą.

Mimo silnych inspiracji Journey, nie jest to typowa gra eksploracyjna. Znalazłem w Bound trochę skakania, co ludziom nie przepadającym za „chodzonkami” pomoże klasyfikować grę w segmencie platformówek. Ja jednak takiego szufladkowania nie potrzebuję, jarałem się Daturą i Journey, jaram się więc też Boundem. Premiera ponoć już niedługo, tylko na PS4.

Project Mike

mike

Gra nie ma jeszcze tytułu, Project Mike to nazwa robocza, nie pojawiła się też w grywalnej formie, ale zapętlony trailer nie pozostawiał wątpliwości. Może wyjść z tego ciekawa gra akcji w stylu GTA: Chinatown Wars, a także straszne krapiszcze do GTA tylko nawiązujące. Twórcy, którzy mają na koncie kilka casualowych gierek na AppStore’a i Google Play wydają się jednak zdawać sprawę ze swoich ograniczonych mocy przerobowych. Etapy „jeżdżone” po mieście są więc zamkniętymi sekcjami, w których nie da się wychodzić z fury. Na nogach biegamy tylko w specjalnie przygotowanych do tego sekcjach, które mogą się kojarzyć z troszkę mniej ponurym, kontrowersyjnym i brutalnym Hatred. Gra-zagadka, a do tego w powijakach, robiona przez mały, ale międzynarodowy zespół (Polska, Białoruś, Turcja). Jak już kiedyś tam wyjdzie na PC, PS4 i Xboksa One, to na pewno sprawdzę. Mało które studio indie rzuca się na aż tak głęboką wodę.

Seven: The Days Long Gone

seven

Seven: The Days Long Gone to cięższa kategoria indie. Gra, która narodziła się w głowach czwórki pracujących nad Wiedźminem 3 ludzi, a teraz tworzona jest wspólnie z IMGN.PRO. Jest więc tu doświadczenie i pieniądze, czyli dwa elementy, których często brakuje większości grom niezależnym. Podobnie do nich jest też jednak zapał, a po ograniu Seven mogę powiedzieć, że nie jest on nieuzasadniony ani słomiany. A teraz anegdotka.

Grałem na Dragonsach w kilka innych gier z rzutem izometrycznym, z jednym z twórców wywiązała się rozmowa o bezcelowości tworzenia wertykalnej rozgrywki przy tego typu kamerze. A potem zagrałem w Seven i okazało się, że bzdura. To działa, co też zresztą mocno mnie zdziwiło. Bohaterem w Seven naprawdę przyjemnie się pomyka po tych wszystkich daszkach i murkach. Świeża perspektywa ukazywania akcji sprzyja natomiast szybkiej ocenie odległości między przeszkodami. Gra bardzo przyjemnie też wygląda, prezentując cel-shadingowy sznyt, nie jest jednak w 100% komiksowa. Rozczarowuje tylko troszkę walka w czasie rzeczywistym – rozumiem brak bloku, ale wtedy potrzebne są jakieś zbicia/kontry. Tutaj nie ma niczego, ale z tego co się dowiedziałem, pokazywano alfę i jeszcze sporo w mechanice może się zmienić. W tym w systemie walki.

Detached

Detached

Detached nie było pokazywane na samym Digital Dragons, ale odpowiedzialni za nie ludzie niejako podłączyli się pod imprezę, wynajmując nieopodal targów przestronne mieszkanie w kamienicy na krakowskim Kazimierzu. Sprytnie, i mówiąc szczerze, wygodnie, bo w indie-strefie panował niewyobrażalny ścisk. Na spokojnie można było więc chyba pierwszy raz w historii sprawdzić grę w akcji i cóż mogę powiedzieć po szybkim demie. Ma ona wszystkie wady i zalety Adrifta. Ludzie słabo reagujący na ujęcie FPP w VR będą czuli spory dyskomfort i zawroty głowy. Z drugiej strony mamy świetnie odwzorowaną stację kosmiczną o klimat SF. Adrift jest nudny, tutaj rdzeniem rozgrywki ma być multiplayer, gra dobrze więc rokuje. Z racji VR-owego szlifu wciąż pozostaje jednak w pewnej niszy.

Podobnie będzie z VR Alice, problemy z buildem i tłok na hali nie pozwoliły mi jednak pograć w ten tytuł. O obu już jednak na Polygamii pisaliśmy i mamy je na oku.

Steamburg

steamburg

Były gry indie od Sony i mających na koncie sporo sukcesów polskich firm. Międzynarodowych zespołów jak i grupek twórców „z sąsiedztwa” pracujących po godzinach. Na koniec więc czas na indie-indie, czyli jednego człowieka pracującego nad swoją grą, od A do Z. Mariusz Szypura ma już na koncie Steampunkera, teraz pracuje natomiast między innymi na Steamburgiem. Kierujemy tutaj tym samym bohaterem, ale w nowej perspektywie. Świeży jest też gameplay, rozgrywany w rzucie izometrycznym, ale bez podziału na tury. Nieduże poziomy ładnie mieszczą się natomiast na ekranie tableta. Mała rzecz, a cieszy. I wygląda ślicznie.

Na Digital Dragons z roku na rok pojawia się coraz więcej tytułów, coraz więcej z nich osiąga też komercyjny sukces. Pamiętam, jak rok temu rozmawiałem z MuHa Games o grze Thea: The Awakening, która dziś jest już nie tylko na Steamie, ale też w Polsce w pudełkowej wersji, z lokalizacją, której wtedy ze względów finansowych raczej nie planowano. Warto więc przyglądać się pokazującym się tu projektom. A jak ktoś z was chciałby w nie zagrać, to część ma pojawić się za dwa tygodnie na Pixel Heaven.

Paweł Olszewski

Wyświetleń: 14 | Dodał: diabelplunited